Aktualizacja: 12.05.2019
EuGeniusz Dębski:"Człowiek z Brukselki"
Zbiór opowiadań "Szklany szpon"
Antologia "Przedmurze"

Kliknij aby powiększyć Kliknij aby powiększyć
W WC cicho buczała klima. Było jasno, przewiewnie, pachniało drogim dezodorantem. Naholny pochylił się, przerzucił krawat przez ramię na plecy, ochlapał twarz zimną wodą i, pochylony, chwilę wpatrywał się w suche odbicie mokrej twarzy.
To już nie te sracze, które pamiętam z dzieciństwa w pociągach! - pomyślał. Ale też nie jest to pociąg. Ciekawe, czy polskie pociągi już są czyste i czy wszystkie?
Uchylił na chwilę okno, pozwolił, by pęd powietrza ochłodził i wysuszył twarz. Mógł użyć suszarki, ale tamto powietrze było jałowe, sterylne, destylowane. Wyszedł i skręcił do garderoby. Zmienił koszulę, wyszukał świeży krawat. Przez uchylone drzwi słyszał raźny głos Sycza:
- …i jedziemy. Ciemna noc, kurcze, wszyscy śpią, ja prowadziłem. I nagle w jakiejś wsi, pod Częstochową, na zakręcie… Chłopie, mało się nie ufajdałem! Leży facet w poprzek drogi, obok rower. Rower leży, bo rzucony. Facet leży, bo pijany w trupa-trupentego. Zatrzymałem się metr od niego, siny ze strachu. Wszyscy się pobudzili, walizki się zwaliły, coś się rozlało, no to wiadomo – wściekli. Wyskakujemy na drogę, chciałem gościa do rowu zrzucić, z buta, ale był taki koleś z nami, jajcarz, mówi: „Nie, nie tak. Zemsta musi być, za nasze nerwy. I niech dziękuje Bogu, że się obudzi w ogóle!”. Wrzuciliśmy gostka do wozu, rower z nim, i wyłożyliśmy na łąkę o trzysta siedemdziesiąt kilometrów dalej, gdzieś za Bydgoszczą! Nawet się nie obudził.
- Ja pieprzę! – sapnął Zdebik.
- No! Wyobrażasz sobie, jak się budzi i nie wie, w jaką stronę pojechać, w końcu gdzieś rusza i po kilku godzinach, na ciężkim kacu okazuje się, że w nocy przejechał po pijaku czterysta kilometrów zamiast czterystu metrów?!
- Ale… o matko!.. jaja!.. – Zdebik roześmiał się na całe gardło.
Zawtórował mu Sycz i jeszcze ktoś, może Komornicki?
Naholny przełożył krawat pod kołnierzykiem, ale nie zawiązywał go jeszcze, tchnął przed siebie Fahrenheitem, zamknął oczy i wszedł w chmurę, odczekał aż zapach osiądzie i wrócił na swoje miejsce. Komornicki wykorzystał jego nieobecność na uprzątnięcie biurka, stał tu świeży termos z czerwoną herbatą, tą o smaku starego worka po ziemniakach, jak mawiał Naholny, drugi z kawą – dla szefa i reszty. Ekran zajmował jakiś dokument, Naholny dojrzał logo swojego biura. Autobus wjechał w tunel, po sekundzie włączyły się światła w salonie, a przez tę sekundę tylko laptop siał jaskrawym, zimnym, służbowym światłem.
Zdebik zerknął na zegarek, dyskretną Delbanę, wiedział, że Naholny nie znosi ostentacji, w końcu zapłacił kiedyś sporo za lekcje intelligent designe’u, – jak nazywali to chłopacy między sobą: jak dobrze upakować słomę w butach, żeby nie wystawała.
- Co tam? – czujnie zapytał Naholny.
- Piąta… - Zdebik się uśmiechnął, potem konspiracyjnie rozejrzał. – O tej porze Nestor… - zawiesił głos.
Wszyscy obecnie zesztywnieli, bardziej lub mnie widocznie.
- Co – Nestor? - zapytał Komornicki, wiedząc, że Szef nie zapyta, a na pewno jest zaintrygowany, i nie lubi czekać.
- No… Nie zastanawialiście się nigdy, jak to jest, że jest sobie pułkownik, dajmy na to. Wtem, jeb, generał, minister obe-en wylatuje ze swojego schronu, i nagle ten pucio, staje się Ministrem Obrony Narodowej? Nie, poczekaj! – zamachał ręką przed nosem Sycza, który już miał gotową odpowiedź, jak zwykle głupią, ale najszybszą. – Nie chodzi o to, że awansował, wiadomo – jeden spada, drugi wzlatuje. Ale zastanawiające jest, że ten pucio, jeszcze wczoraj wybitny znawca taktyki i strategii, szkolony w Weimarze i West Point, znawca-srawca i temu podpierdolone, od awansu zaczyna mówić jak potłuczony.
- A dokładnie? – Naholny wciągnął górną wargę i niemal całą nakrył dolną wargą.
- A dokładnie to zaczyna mówić, że Żydzi organizują zamachy w Hiszpanii, żeby nie dopuścić do stagnacji, oczywiście – nie wysadzają się i nie da się nawet połączyć ich z samo-bojcami, ale świeżoupieczony minister obeenu twierdzi, że istniej fakty, które każą domyślać się żydowskiej ręki gmerzącej w islamistycznych bojówkach.
- Myślisz… - zaczął Sycz, ale Syczowi Zdebik mógł przerwać bez obaw i w każdej chwili.
- Czekaj! Dobra, pierwszego dnia – srał go pies, gada, bo się nawalił z okazji megaawansu i pierdolił jak potłuczony. Ale następnego dnia ogłasza decyzję o zerwaniu kontraktu na sprzedaż naszych Rosomaków i tracimy trzysta maszyn, tracimy zapłatę za nich i dochodzą do tego kary za niewywiązanie się z kontraktu. A minister mówi, że nie sprzeda Rosomaków, bo Mongolia może je wykorzystać w ataku na Polskę.
- No, fakt… - sapnął Sycz.
- Dwa dni później wysyła na zieloną murawę ośmiu jenerałów i a na ich miejsce powołuje czterech kapelanów, bo – jak powiada – morale w ich jednostkach sięgnęło dna, i tylko duchowi sprawni przywódcy mogą je z odmętów wyciągnąć. I wiecie co jest najdziwniejsze moim zdaniem? Nawet nie to, że on tak pierdoli, tylko że nikt go za to nie wypierdolił jeszcze! Od czterech miesięcy demoluje armię, truje kadrę, straszy sołdatów i… nic! Nie zastanawia was to?
- Zastanawia – zgodził się Szef.
- A co zastanawia? - chytrze zmrużył oczy Zdebik.
- Że nie został odesłany do jakiejś kuchni w szpitalu polowym do obierania fasolki szparagowej.
- Właśnie. Nie został. Dlaczego?
Zastanawiali się chwilę wszyscy.
- Bo mówi co trzeba – powiedział cicho Zdebik. – Mówi to, czego chce Nes-ss-stor! Dlatego może pieprzyć. Ale więcej powiem…
Zdebik nagle poderwał się, podskoczył do konsoli, włączył jakąś muzykę, potem wyszarpnął z barku butelkę i zgarnął, nie licząc, garść kieliszków, o dziwo dokładnie tyle, ile było trzeba, cztery. Migiem ustawił je, nalał zimnej gorzały i wlał swoją w gardło.
- Nestor co wieczór warzy… takie warzewo… Nikt nie wie, co to jest… Coś takiego ruscy nazywaną durman – zaczął mówić szybko, cicho i z widoczną ulgą. Brzemię musiało mu nieźle ciążyć. - Tylko że tam to jakieś babki worożychy warzyły, bieluń, mak, jakieś zioła bagienne. W sumie – chlali, potem mogli bić Szwedów czy Finów, czy kogo tam oni bijali. No, nieważne. Nestor skądsiś dostał recepturę, gotuje ją, kto chce być na topie musi pić. A potem, wieczorem, kiedy durman się wyszczy, dziwi się, co też w ciągu dnia nagadał, ale już za późno: za kilka godzin trzeba się meldować do Nestora i wlać w siebie pół szklanki warząchy.
Naholny pochylił się nad stołem, niemal wkładając czubek nosa do kieliszka.
- Skąd takie dane? Piłeś to?
Zdebik na chwilę skamieniał, potem migiem nalał sobie drugi kieliszek wódki i błyskawicznie wlał do gardła.
- Tak. To cała afera była… Dowiedziałem się trochę o tej… kom-munii!.. wkradłem się tam od tyłu, o siódmej rano, wmieszałem w tłum i porwałem jedną porcję, wypiłem i wlałem na to miejsce coś z apteki, żeby nie było, że brakuje, bo by była chryja na całego.
- I?
- I migiem kazałem się zawieźć do domu, a tam zamknąłem się w piwnicy, bez Internetu i komórki, a klucz wyrzuciłem w pudełku przez okno. Żona wróciła z pracy i zobaczyła pudło, domyśliła się i wypuściła mnie. A ja potem posłuchałem sobie, co nagrałem na kompie. Do dziś mnie uszy pieką. – Potarł uszy dłońmi i potrząsnął głową. – Jedno jest pewne, znaczy – więcej jest pewników, ale ten jest najpierwszy: nie można przerywać żłopania durmanu, jak się wciągniesz, to potem już idzie gładko. Pierdolisz jak potłuczony i sam w to wierzysz, a przynajmniej się nie boisz i nie wstydzisz. No i jesteś w pierwszej lidze! Przy Nestorze!
- A jakie te inne aksjomaty? – zapytał Komornicki.
Z rozmysłem wypalił to przed innymi, umyślnie użył obcego słówka, żeby Szef nie musiał się męczyć.
- Na przykład, jak receptura zginie, to i cała rzesza polityków się wyzeruje: jedni się powieszą, inni uciekną do Szwajcarii, jeszcze inni wylądują w pierdlu…
- Ale receptura może zginąć tylko w jednym przypadku! – z cwaną miną odezwał się Sycz pomachując wskazującym palcem w rytmie samochodowych wycieraczek.
Zapadła cisza, wszyscy oddali się rozmysłom nad przypadkiem i jego konsekwencjami. Sycz potrząsnął grzywą siwych włosów, jakby chciał odpędzić niedobre myśli.
- A może ma też jakąś warząchę dla siebie… - powiedział. Powiedział, nie zapytał Zdebik. – Patrzcie na Putina, nie?
- Sam mówisz, że to od ruskich… - ni to odpowiedział, ni to zaoponował Sycz.
Zapadła głucha cisza, nie całkiem głucha, opony, jednak, pomykały po asfalcie, a radio serwowało rapową wiązankę, po polsku i po niemiecku.
- A co z tym, któremu durman podebrałeś? – zapytał Naholny, niedbale rysując czubkiem palca kółka na stole.
- Dokładnie nie wiem, komu zabrałem. Ale sądząc po tym, że następnego dnia zdymisjonowano prokuratora wojskowego Siewierzyca?.. – wzruszył ramionami Zdebik.
Znowu przez chwilę, może kilometr, trwało milczenie. Potem Naholny zerknął na Komornickiego, rzucił szybkie i znaczące spojrzenie. Sekretarz zrozumiał, że należy zapamiętać tę rozmowę, bo prędzej czy później nastąpi do nie powrót. A najlepiej przygotować do niej… dane.
- I badanie krwi robią… - bąknął po chwili Zdebik, tuż przed tym oświadczeniem gwałtownie odetchnął, jak przed skokiem do lodowatej wody.
Szef szybko odwrócił się do niego, mierzył chwilę wzrokiem, potem poruszył wargami, ale nie odezwał się. Chyba odłożył temat na potem - pomyślał sekretarz. Naholny podniósł się, zrobił krok, chwycił termos z kawą. Kamper wszedł w łagodny zakręt, Naholny musiał oprzeć się o regał, odczekał aż wyszli na prostą. Dopadł kanapy.
- Co mamy? – zapytał, siadając z termosem w ręku.
Komornicki natychmiast puknął w leżący przed nim tabler.
- Och, ma pan sporo do zrobienia, szefie. Ale to jest najpilniejsze: od dwu tygodni jesteśmy zalewani…
- Słuchaj, ty umyślnie tak gadasz: „od dwu tygodni” zamiast, jak wszyscy ludzie: „od dwóch tygodni”?
- Oczywiście, że umyślnie – natychmiast przyznał się Komornicki. – Jeśli nawet się to komuś nie podoba, to i tak musi przyznać, że sam tak nie mówi, zatem…
Wzruszył ramionami.
- Właśnie, i takie „zatem”… - skrzywił się Naholny. – Dobra, mnie to nie rusza. Możesz sobie gadać.
- Dziękuję – Komornicki przysunął sobie szpon, włożył lewą dłoń i z wprawą mistrza gier biurowych najpierw powiększył czcionkę, potem wytłuścił fragmenty, na które chciał zwrócić uwagę przełożonego. Naholny zastanawiał się chwilę, czy w „dziękuję” asystenta brzmiała leciutka drwina, czy tylko mu się to wydawało. – Proszę zwrócić uwagę, szefie, na to… - Puknął prawym palcem wskazującym w ekran. Aktywna matryca zapulsowała, zgasił pulsowanie poruszeniem palców lewej ręki. – Przez północną centralę w Kriormoutsi dochodzi do nas…
Odezwał się telefon, jeden z całej baterii umiejscowionych w dokach na obrzeżu biurka. Trel gorącej linii poderwał całą piątkę. Wyprostowali się w fotelach, dwaj sięgnęli do krawatów, zapomnieli, że je zdjęli już na początku podróży, cztery godziny temu.
Naholny skinął głową, Komornicki chwycił słuchawkę i, nie sprawdzając nawet kto dzwoni, podał ją przełożonemu.
- Halo? Dirk?
Powiódł oczami po obecnych, napotkał czujne spojrzenie najbliższych współpracowników.
- Sz-ciepan? To ty? – Głos kanclerza brzmiał czysto i nerwowo. – Słuchaj, Sciepan…
Naholny powstrzymał się od powtarzanego wielokroć w takiej sytuacji dowcipu, że nie jest żadnym ukraińskim Stiepanem, tylko Szczepanem, a Dirk Bodleck miał zwyczaj w tym miejscu obiecywać wizytę u logopedy. Dzisiaj jakoś nie czuli nastroju do żartów.
- Coś śmierdzi! – syknął Naholny, przycisnąwszy duży i wygodny, często używany klawisz mute.
- Posłuchaj, Ściepan. – Bodleck nadal mówił po polsku, ale już się nie wysilał przesadnie na prawidłową artykulację imienia. – Wiesz, że stoimy murem, że wolie mieć do czynienia z tobo niż z jakimsz nadmuchanym biurokrato z arystokratyczny rociny, nie? Ale, kurka, ty musisz czymacz troche swoich ludzie, nie? Ty nie możesz im dacz robisz co im sze chcze, tak? No, chiba że ty chcesz, żeby oni to robili?! Tak?
- Ale, Dirk, co? Powiedz, co zrobili, to ja ci powiem, dlaczego ja tego nie chciałem!
Bodleck nie wychwycił żartu. Albo nie chciał wychwycić.
- Twoje ludzie zaczymali pocziąg towarowy i wyrzuczili na tory… te… prenty…
- Prenty? Prezenty? Powtórz, proszę.
- Prenty paliwowe… Uran, kurka, radioenergia… Nie, energia jądrowa, wiesz?
- Poczekaj! Wyrzucili na tory pręty z elektrowni jądrowej?
- Tak, idioty! Zaczymali począg, otworzyli wagony, wyrzucili na tory… Muszeliszmy symulowacz awaria, rozumiesz? I tak nas będom jebali wszyscy, wiesz? Ale nikt nie wie o twoich ludziach. Ale ja bym chciał wiedzieć – ty wiedziałesz? Aprobata?
- Ależ skąd! Dirk, na Boga! Po co by mi to było, po co miałbym przypominać o niewywiązaniu się z zobowiązań o likwidacji energetyki jądrowej, po co mi Zieloni i cała reszta? Przecież przy okazji oberwie się… oberwałoby się i mnie, prawda?
- Oczywiszcze! Oberwie ja i mój rząd, oberwie twój człowiek i ty, i wszyscy Polacy, no bo kto otworzył wagony?
- Obiecuję ci szybkie i, kurwa mać, skuteczne śledztwo. A ten gnojek, co to zrobił, zatrzyma się dopiero na Uralu jak go kopnę w dupę!
- No to i dzięki, Sz-cz-epan. – Teraz Dirk Bodleck wysilił się i wypowiedział imię niemal poprawnie. – Załatw to, a ja załatwie swoje. I zmień to imie, na Boga – odkaszlnął. – Może na pierwsze? Czist!
Naholny rozłączył się.
Ciekawe, skąd wie, że na pierwsze mam Tadeusz? – pomyślał. Specjalnie przeskoczył na drugie, żeby się musieli męczyć, żeby kłaniali się, dukając… Ale jak to się teraz wyda, będą się dąsali. Dlaczego – jak? Przecież już wiedzą, dąsy za progiem.
- Szefie? – Komornicki wyciągnął rękę, żeby odłożyć słuchawkę do doku, ale tak naprawdę ponaglał Naholnego. – Coś się stało?
- Stało, stało… Jakiś kretyn wywalił na tory paliwo jądrowe, pewnie te ścieki czy inne zużyte syfy. Wyobrażam sobie, jaka tam będzie pustynia…
- Włączyć TV?
- Tak, ale bez głosu… Stasiu, ty się dowiesz, gdzie to było, czyja to domena, komu odpierdoliła palma, po co to zrobił, w końcu. Może to jakaś prowokacja? Może to nie my? Zajmujesz się od tej chwili tą sprawą, OK?
Staszek Sycz skinął głową, ruszył do przodu autokaru, już z dwoma komórkami w ręku, lewą ręką sypał LMS-a, prawą wybierał jakiś numer. Nikt w obecności szefa nie używał wybierania głosowego, skrótów i innych ułatwień. „Jak masz głowę tylko do numerów w łóżku, to wybij sobie też z tej głowy pracę u mnie. Ja nie będę w pilnej potrzebie wyszukiwał danych w książkach!”.
Na ekranie monitora, który jak wielka, metrowa łuska odkleił się od sufitu pojazdu, hybrydy campera z autokarem, przemykały już programy, na trzecim pojawiły się tory kolejowe, jakaś stacja, rozjazdy, górka rozrządowa… Cztery wagony w celowniku kamery, świetny obraz, stabilny, kolory syte, wypas… Dookoła wagonów dziwny landszaft: nie, jak zwykle w przypadku awarii, katastrofy czy śmierci – tłumy policjantów, karetki, koguty niebieskie, koguty czerwone, nie. Tu stały dwa dziwne, płaskodache wozy z zimnymi, białymi kogutami na przedzie i na tyle, i krzątały się dwie osoby w aluminiowych, czy może tylko pokrytych aluminium skafandrach. Przez ekran przebiegła nazwa miejscowości, Stierh, nic nikomu nie mówiąca, w każdym razie wymienili skonsternowane spojrzenia. Dwa wagony, to widać było teraz z innego ujęcia, z mniejszej wysokości i z boku, wykoleiły się. Służby kanclerza, zgodnie z tym, co powiedział, działały. „Szymulowały”.
Komornicki zerknął na zegarek.
- Szefie. Obiecał pan nagranie na zjazd związku zawodowego „Bez Pracy” – przypomniał. – Albo wyślemy teraz, albo odpuszczamy.
- Szlag! Co to jest? Gdzie?
- Polski, peryferyjny, ale nie miał pan nic na dziś zaplanowanego, więc można było dać im trzy minuty.
- Dawaj!
Szczepan Naholny poderwał się, chwycił krawat, zawiązał go z cyrkową zręcznością, ściągnął węzeł, ruszył do tyłu. Stanął na tle ściany oddzielającej salon od części sypialnej i sanitarnej. Odwinął się błękitny ekran za nim.
- Jakie tło dajemy?
Naholny zmarszczył brwi.
- Jak to jest związek „Bez Pracy”, to chyba im się nie pokażę na tle palm i plaży, nie? – warknął. – Jakiś industrialny pejzaż, że niby staram się o robotę dla nich. Szybko, kurwa, mam ważniejsze sprawy!
Komornicki uruchomił bluebox i kamerę.
- Nagranie! – krzyknął do kierowcy.
Tamten popstrykał w klawiaturę przed sobą, ton silnika uległ zmianie, jakby się zapadł pod karoserię, wóz sapnął, osiadł i zmiękł na resorach. Włączyły się silniki elektrzcyne, zawieszenie aktywne.
- Kochani! – powiedział Naholny. – Przed chwilą rozmawiałem z kanclerzem Rzeszy Dirkiem Bodleckiem. Nie dlatego wam to mówię, że chcę się pochwalić znajomością z nim. Choć może i to też? – Uśmiechnął się łobuzersko i puścił szybkie, małe „oko” do kamery. – Ale tak poważnie, to chcę wam powiedzieć, że kanclerz Bodleck rozmawia ze mną po polsku. Po polsku rozmawiam też z premierem Francji, Danii i Belgii, uczą się polskiego szefowie rządu Austrii, Szwecji i jeszcze któryś. Już nie wspomnę o Czechach i Węgrach. Wiecie, co to znaczy? Wiecie, po co wam to mówię? To znaczy, że Polska jest silna w Europie jak nigdy! Że z Polską jak nigdy muszą się liczyć! Że Polska jest ważna, że wy jesteście ważni! – Zrobił pauzę.
Teraz każdy z nich pomyśli: „A co mnie, kurwa, obchodzi pozycja, poza pozycją mojej starej, skoro do gara nie ma co włożyć!?” - przemknęło przez umysł.
Omal się nie roześmiał.
– Ja wiem, że nie wszystkim jest dobrze, że nie wszyscy mają w domu ciepło, że nie wszystkie dzieci bywają nad morzem, nawet nad naszym, Bałtyckim… Ale to się nie mogło stać w jednej chwili, nie mogliśmy z bidy i nędzy, z zacofanej, sterowanej przez partyjnych bonzów gospodarki przeskoczyć bez bólu do kapitalistycznej. Z zachowaniem tego, co nasze, polskie, wydarte mocarstwom i nieprzychylnej historii! – Oj, poniosło mnie, to matoły z zasypanych kopalń i wymrożonych sadów, chuj ich obchodzi historia. Dużo tego chuja, co ich obchodzi… - To musiało boleć, i boli. Ale ból słabnie. Europa stoi dla was otworem, już dziś nasza młodzież może studiować na każdej uczelni Europy, w tym na tych najlepszych, na Sorbonie, w Cambridge, w Oxfordzie… - Skrzywił się. – Nie, Komar, to wytniesz, zostawisz „na każdej uczelni Europy”. – Wyprowadził na twarz szczery, szeroki uśmiech. – I lecimy dalej… - Odczekał kilka sekund, żeby ułatwić sklejenie wypowiedzi. - Jesteśmy w trakcie montowania nowych, intratnych kontraktów dla polskiego przemysłu, kończymy formalności w kilku gałęziach rolnictwa. Wkrótce przekonacie się, że w waszych regionach, w waszych miastach i wsiach pojawią się nowe możliwości, nowe środki do zagospodarowania. Wy musicie je wziąć w swoje ręce, pokierować nimi i sobą. Bo kto jak nie wy? Sól ziemi i jej kość! Życzę udanych obrad i owocnych obrad. Bóg z wami, kochani!
Odczekał chwilę, szarpnął krawat, rozwiązał i cisnął na poręcz fotela.
- Zobacz to, może przesadziłem z solą i kością...? Sprawdź, co to za ludzie, i albo daj, albo wytnij. – Komornicki skinął głową i przysunął do siebie laptopa, zajął się montażem i wysyłaniem nagrania. Naholny ominął go, usiadł przy stole, siorbnął kawy. – No to co tam mamy?
- Bagno. Oni, znaczy Niemcy… – powiedział szybko Listowiecki – … żeby nie było tych hord Zielonych i pikiet, i całego tego syfu, zamaskowali dwa wagony spec, na zwyczajne, zadaszone lory do przewozu materiałów sypkich. Wszystko na zewnątrz cacy, ale, oczywiście, ołów, plomby, zamki. I wywozili to sobie cichutko. Albo do jakiegoś mogilnika, a potem na Ukrainę, albo i od razu tam. Donieck i tak zajebany i zrównany – wzruszył ramionami. – Ale ktoś to zmacał i, spowodowawszy zwarcie w instalacji sterującej na rozrządzie tam w Stierh… - skinął głową w stronę ekranu - …zatrzymał pociąg. Potem, a to musiało być kilku ludzi!, rozczepili pociąg, odłączyli te cztery wagony…
- Powiedziałeś: dwa – przerwał mu Naholny.
- Tak, dwa spec i dwa zwyczajne, z ziarnem, chyba owsem...? Nieważne. Otworzyli, dupki, te wagony, i w jednym rozszczelnili zbiornik do przewozu. Oczywiście, mówienie o wysypaniu prętów na tory to wielkie uproszczenie i ładnie zabrzmi w tytułach gazet…
- A normalnie to jak jest?
- Hm… Wiem na razie tyle, że zużyty materiał paliwowy zawiera duże ilości materiałów, emitujących niebezpieczne promieniowanie. Z grubsza, takie wypalone elementy zawierają około trzech procent wysoko aktywnych produktów rozpadu… - Listowiecki czytał z ekranu, usiłując oderwać co jakiś czas wzrok od monitora, ale temat był mu kompletnie obcy. Nie mógł udawać, że cokolwiek się na tym zna. - … Dziewięćdziesiąt pięć procent U-238, jeden procent U-235 i jeden procent plutonu. Po wyjęciu z reaktora elementy paliwowe są składane na jakiś czas do basenu z wodą, położonego wewnątrz budynku reaktora. Tu ich promieniotwórczość powoli maleje i same elementy stygną. Potem transportuje się je w pojemnikach ze ściankami o grubości prawie pół metra. Muszą zapewniać bezpieczeństwo nawet w przypadku katastrofy, można je zrzucać z około dziesięciu metrów na twarde podłoże, muszą wytrzymać godzinę pożaru, podobno nawet nie zaszkodzi im zderzenie z odrzutowcem…
- Ciekawe, podskakują tak wysoko, że mogą się zderzyć z nadlatującym samolotem? – warknął Naholny.
- Tak piszą w instrukcji…
- Może coś popieprzyłeś w tłumaczeniu?
- Raczej nie…
- Dobra, dalej i krócej!
- Taki zbiornik waży sześćdziesiąt ton i mieści co najwyżej cztery elementy paliwowe. Służą do składowania pośredniego albo do transportowania do zakładu przerobu. I co tu jeszcze…? Kiedyś, niemieckie elektrownie jądrowe corocznie opuszczało około dwustu pięćdziesięciu ton zużytego paliwa jądrowego, dziś zaledwie dziewięćdziesiąt… No, i to by było tyle…
Zapadła cisza. Cztery umysły mełły pozyskane informacje, usiłując znaleźć w nich coś, co da się wykorzystać w ewentualnej bitwie. Listowiecki podrapał się za uchem.
- A znacie ten numer, jak Rada Państwa na Ukrainie zastanawia się, jak wykorzystać od lat przecież nieuprawiane ziemie dokoła Czarnobyla? Jedni radzą siać zboże, drudzy – okopowe, ale minister rolnictwa wszystkich kontruje, że i to, i to zbiera świństwo z gleby i jest trujące, no – zabójcze, w każdym razie. A tu wstaje taki jakiś Hryć i mówi: „To obsiejmy tytoniem, a na opakowaniach napisze się: „Minister Zdrowia ostatni raz ostrzega, że palenie jest niebezpieczne dla zdrowia”!
Rozejrzał się, oczekując jak nie salwy rechotu, to przynajmniej soczystego śmiechu.
- Kurwa, głupiś jak cholera! – rzucił, uśmiechając się mimo wszystko Naholny. – Teraz przez ciebie może mi się coś takiego wyrwać, a tu nie Czarnobyl.
Komornicki wysłał przekaz, wrócił do biurka. Przewodniczący przystąpił do rozdziału zadań.
- Nieustanne monitorowanie miejsca katastrofy, Lisek, ty to trzymaj. Cokolwiek nowego, wal do mnie z priorytetem jeden! – powiedział Naholny. – Komar, ty mi wyszukaj sprawcę, ale wiesz, bardzo, bardzo dyskretnie, bo na ich miejscu, Szkopów, jakbym nie wiedział kto, to bym właśnie nas obserwował i czekał, kogo wskażemy palcem. OK?
- Tak jest, szefie.
- Czy na dziś mieliśmy coś ważnego?
- Nie.
- A coś mało ważnego?
- Och, coś się znajdzie? Działamy, jakby nic się nie stało, a już na pewno nie z naszej winy, tak?
- Exactly! – Wyciągnął pusty kubek w stronę Listowieckiego, ten rozwarł gardziel termosu i nalał kawy. – A tak, nawiasem mówiąc, dokąd jechały te beczki z jądrami?
Listowiecki rzucił się do swojego laptopa.
- Normalnie, te najbardziej promieniujące elementy, po wyekstrahowaniu ich w zakładzie przetwórczym są zalewane szkliwem, a beczki z tym składane w szybach solnych. Sól, według obecnego stanu naszej wiedzy, jest absolutnie szczelna, więc żadne zanieczyszczenie promieniotwórcze nie powinno przedostać się do środowiska, na przykład do wód gruntowych. Dlatego niemal wszystko pakowali kiedyś do pokładu solnego w okolicach Gorleben, ma długość piętnastu kilometrów, szerokość czterech i leży na głębokości od trzech tysięcy do trzystu metrów. Ponieważ przez sto milionów lat nic się tam praktycznie nie zmieniło, zakłada się, że i w przyszłości pozostanie stabilny. – Gładko przełożył z niemieckiego, choć wszyscy obecni posługiwali się tym językiem sprawnie i mógł tylko przeczytać dane z ekranu.
- A ta dziura...? – Naholny pstryknął palcami i pokręcił dłonią w powietrzu.
- Stierh – podpowiedział natychmiast Komornicki.
- Stierh… Leży na trasie do Gorleben?
Chwilę trwało, zanim Listowiecki wykreślił na ekranie linie od czynnych elektrowni do mogilnika.
- Raczej nie… - powiedział w końcu.
- Zapamiętajmy to. – Naholny uniósł palec do góry. – To może nam się przydać: dokąd to wieziono te szklane… bombki?
Roześmiali się wszyscy.
- No, a teraz mniej śmiesznie: kto to zrobił?
Odpowiedziała mu cisza.
- Że któryś z naszych - rzecz wiadoma. Od czterdziestu lat nikt nie protestuje przeciwko czemukolwiek bez naszej wiedzy, przyzwolenia, planu, a najczęściej i wykonania. – Wychylił się i, ponad ramieniem siedzącego tyłem do kierunku jazdy Zdebika, zawołał do kierowcy: - Pośpieszajmy, Karolu, gazu! – Postukał palcem w stół. – Kto siedzi w tym regionie? – Ruchem brwi wskazał gdzieś za siebie, ale wszyscy rozumieli, że chodzi o region Stierh.
- Sendzikowski – odezwał się po raz pierwszy od dłuższej chwili Zdebik. – Znam go trochę, nie wygląda na świra.
- No bo nie musiał on sam!
- Oczywiście, ale też i nie trzymałby u siebie kogoś nieodpowiedzialnego – niespiesznie i cicho powiedział Zdebik. – Wietrzę tu jakąś prowokację.
- Dobra, to jest awaryjny tekst na potem: „określone siły” i tak dalej. Znam to. Ale mówmy do siebie, czystym kodem, bez szalunku i malunku.
- Ale ja naprawdę nie widzę możliwości popełnienia takiego głupstwa przez naszych ludzi. To wszystko stare, wypróbowane kadry, niektórzy jeszcze zboże w Polsce wysypywali, uczestniczyli w walce o układ nicejski, pamiętają wejście do Unii, pierwsze udane staże-angaże… - Zdebik pokręcił głową. – Tak doświadczeni ludzie nie mogli tak spieprzyć roboty. Ja to niemal wykluczam...
- A ponieważ różnica między „niemal umarł” a „umarł” jest zasadnicza, to – mimo że ja też „niemal”, działajmy jak w najgorszym wariancie – powiedział z mocą Naholny, ucinając dyskusję.
Hypercamper zbliżał się do Brukseli. Spolaryzowane szyby nie pozwalały z zewnątrz zajrzeć do środka, chociaż krążyły pogłoski o sprytnych dziennikarzach czy może raczej paparazzich, którzy mieli jakiś patent na przenikanie przez tego typu szyby. Do miasta śpieszyły setki i tysiące pracowników. Stolica Europy szykowała się do nowego roboczego dnia. Na szczęście, centralny jej budynek, zwany przez wszystkich „Jumping Frog” - „Skaczącą Żabą”, stuczterdziestopiętrowy kolos na dwóch nogach, z dwoma „przednimi łapami” wyciągniętymi nad głowę do skoku, zgięty w „pasie” i wychylony do przodu, stał poza właściwym centrum miasta.
Naholny nienawidził tego budynku. Patrząc nań, za każdym razem spodziewał się, że żelbetowy potwór dokończy ukłon i zwali się „na pysk”, miażdżąc dwa kwartały przyległych budynków – office’ów, sklepów, muzeów, ciągów usługowych i dydaktycznych; łapami zgarniając kolejne trzy kwartały, sięgając – jak wyliczył jakiś pismak – aż do słynnego z masakry kibiców stadionu Heysel. Tak samo krzywił się na Atomium, i nie był ani razu w jego wnętrzu, a nawet w pobliżu. Zresztą, Naholny bał się również kościołów, choć z tym akurat się krył, i wszelkich innych wieżowców. Nie dał się nawet namówić na zwiedzanie pomnika ofiar zamachu na WTC, i podczas pobytu w NY skrzętnie wykorzystał zaproszenie Polonii, by się z wycieczki urwać. Ale do „Żaby”, chciał tego czy nie, wchodzić musiał. Wypracował więc rytuał, którego przestrzeganie przez niego samego i przez otoczenie pozwalało mu w miarę komfortowo pracować w budynku, którego nie znosił i którego się bał. Kierowca zablendował okna w salonie, jednocześnie włączyło się światło o parametrach możliwie zbliżonych do tego na zewnątrz, autokar wjechał na podjazd, dwie minuty trwała kontrola zewnętrzna, do wewnątrz nikt nie wchodził, wystarczyła transmisja na ekrany kontrolne straży. Chwilę potem byli w garażu, a potem w windzie. Można było udawać, że się jest w innym budynku. To pomagało.
Teraz, kiedy nie było widać charakterystycznego pochylenia budowli, a tym bardziej nie odczuwało się tego, ponieważ wszystkie piony i poziomy we wnętrzu zachowały swoje właściwości, Naholny potrafił stłumić lęk i zająć się czymś sensowniejszym. Natomiast w samym gabinecie z reguły czekało nań tyle pracy, że już nie musiał niczym oszukiwać umysłu.
Sekretarka powitała go przy drzwiach, dała znak ręką, reszta świty usunęła się, a Maria, maszerując przy Naholnym, wyższa od niego o pół głowy, o całą nawet w szpilkach, coś mu przekazywała. Z jej twarzy nigdy nie można było wysnuć wniosku co do wagi relacjonowanej sprawy, to mogło być zalanie gabinetu nawet nie gównem z kanalizacji, jak i upadek rządu w Słowacji. Listowiecki wymienił spojrzenie z Komornickim, Zdebik szedł zamyślony, raczej pochłonięty przeglądaniem w umyśle listy potencjalnych idiotów, którzy dopuścili się akcji na torach. Sycz rozglądał się po sekretariacie wielkim jak boisko do siatkówki. Wszyscy wiedzieli, za kim się rozgląda, tylko Sycz nie wiedział, że wiedzą. Wiedział nawet Michał Groeder, kochanek Sycza, ale nie miał odwagi powiedzieć tego partnerowi. Może dlatego, że znali się bliżej dopiero od dwóch miesięcy. Komornicki wiedział, że i Naholny wie, i że aprobuje. Tym sposobem jego image Europejczyka zyskał odpowiednią barwę i pełnię.
Dotarli do gabinetu Naholnego. Tu ekipa się rozdzieliła: Maria zrobiła krok w bok i – wypadłszy z orbity, czy raczej sfery przyciągania Naholnego – została z tyłu, Listowiecki z Syczem poszli do swojego gabinetu, Zdebik – zamyślony automat – pomaszerował w lewo, do pokoju dzielonego z PR, Jakubem Smolką, tylko Komornicki pomaszerował za szefem, wyprzedził go na ostatnich metrach, otworzył drzwi, wpuścił do swojego pokoju i od razu runął do biurka, chcąc jak najszybciej dopaść sterty spraw, jaka na pewno narosła podczas ich czterodniowej wyprawy do Francji. Przywódca związkowy Zjednoczonej Europy w milczeniu zniknął za drzwiami swojego pokoju.
Była dziewiąta czterdzieści, Komornicki zdołał załatwić kilka pilnych, ale mało ważkich spraw, odpowiedział na zaproszenia, negatywnie, podał kilka danych z życiorysu bossa do nowej edycji Who is Who in UE, podpisał stos delegacji, rachunków i faktur. Prawda razy dwa, szef zakazał „chamowni”, nie jak Turcy razy trzy czy Brytole razy cztery.
Rutyna. Zadzwonił telefon. Maria użyła linii „WAŻNE”.
- Dzwoni prezydent Rzeczypospolitej Polskiej, pan Jarosław Bratkowski – powiedziała.
Na wszelki wypadek podpowiedziała szefowi, jak się ten głąb nazywa, żeby nie było siary.
- Dziękuję. – W ciemno pobawił się przełącznikami na słuchawce. – Słucham, Kornel Komornicki, asystent pana przewodniczącego.
- Dzień dobry panu, kancelaria prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, Janina Rastawiecka. Czy pan przewodniczący znajdzie kilka minut na rozmowę z prezydentem Bratkowskim?
- Tak jest, już łączę. – Mały ruch palca na słuchawce. – Panie przewodniczący, prezydent er-pe, pan Bratkowski.
- Łącz, i zostań na linii.
- Dobrze. – Pstryk! – Łączę.
Chwila ciszy w słuchawkach, potem jakieś piknięcia, delikatne sygnały skanujące linię.
- Halo? Bratkowski.
- Dzień dobry, panie prezydencie. Witam serdecznie.
„Witam serdecznie” – to zwrot, jakiego Naholny nauczył się w czternastu językach. Potrafił też w osiemnastu zrozumieć pytanie: „Czy on nas rozumie?”. I zachować przy tym kamienną twarz.
- Ja też się cieszę, słysząc pana w dobrym zdrowiu.
- Dziękuję. Nie narzekam. Praca uzdrawia, panie prezydencie.
- Aha? No to będę się musiał zabrać do jakiejś pracy…
- Doceniam żart, panie prezydencie. Doceniam. Pan, człowiek tak zapracowany…
- Dobra. Już się nasi sekretarze dostroili. Możemy do rzeczy. Czy pan się wybiera do Polski w jakiejś wyobrażalnej przyszłości? A może do Berlina?
- Do Berlina… Tak, do Berlina się wybieram…
I pan o tym dobrze wie, panie prezydencie!
- Właśnie, tak przypuszczałem. Otwarcie wystawy „40 lat Nowej Europy” to świetna okazja do spędu całej wierchuszki, nie może tam pana zabraknąć. A skoro tak, to chciałbym panu urwać godzinę, może dwie, nie więcej.
- Czy to coś, co powinno mnie zaniepokoić? – ostrożnie zapytał Naholny.
- Chyba tak, o ile zależy panu na dobrobycie Polski.
- Chyba zależy.
- No to powinniśmy się dogadać.
- A z jakiego konkretnie powodu powinienem się niepokoić?
- Z tego, z jakiego niepokoją się nasi unijni sąsiedzi i kamraci. Wie pan, jakiś najbliższy incydent, jakiś niepotrzebnie rozdmuchany strajk, jakiś mityng, jakaś blokada dróg, mogą być kroplą, która może dopełnić czary goryczy i ją przepełnić, cholera!
Wie o Stierh! - pomyślał Komornicki.
- Czyli...? – W głosie przewodniczącego słychać było czujność.
On też przypuszczał, że prezydent wie.
- Pan dobrze wie, panie przewodniczący. Pan wie. Oblicza się, dość dokładnie, że około sześćdziesięciu czterech tysięcy Polaków pracuje na wszelkich poziomach struktur związkowych. Pewnie nawet więcej…
Pewnie, że więcej. Siedemdziesiąt trzy tysiące!
- Żaden strajk, żaden protest, żadna głodówka i pikieta nie obywają się bez Polaków, bez ich przywództwa, bez ich naporu. Kanclerzy, premierzy i prezydenci reszty Europy uważają, że ich rodacy są już tak zmanierowani, tak wygodni i syci, że bez tej energii Polaków związki zawodowe dawno by już wymarły i rządzenie krajami Unii stałoby się prostsze i – nie bójmy się tego słowa – efektywniejsze. Tymczasem ten, jak oni to nazywają, desant polski, ich zdaniem tylko i wyłącznie dla własnych, partykularnych interesów, trzyma się związków, nie daje im przycichnąć, wygasnąć…
- Nie daje im prowadzić narodów w manierze stada baranów! – wtrącił Naholny akurat w momencie, jaki przewidział Komornicki.
- Pa-anie przewodniczący! – powiedział z urazą w głosie Bratkowski. – Po co ta mityngowa retoryka? Mówmy, jak to pan kiedyś ujął, bez szalunku i malunku. Tym ludziom, dziewięćdziesięciu ośmiu procentom tych aktywistów, zależy na stanowisku, na posadzie, na wygodnym mieszkaniu w Europie, nawet na pewnej sławie. Światła, reporterzy, wywiady, akcje, telewizja… Pana to może nie bawi, ale pana nie rozpatrujemy w tej kategorii pasibrzuchów. Europa pana nie chce ruszać, ale bardzo by jej zależało na pewnym powściągnięciu podwładnych. Przecież co nas, Polaków, obchodzi dąb korkowy? Tymczasem w jakimś lokalnym związku w Portugalii, związku liczącym czterdziestu sześciu członków jest siedmiu Polaków!
- Nas, Polaków, obchodzi, byśmy byli w Europie widzialni, byśmy coś znaczyli. Byśmy aktywnie kształtowali politykę Unii.
- No, nie wiem, nie wiem, czy nam to służy tak, jak to pan sobie wymarzył. Ja, osobiście, sądzę, że powinniśmy się trochę… jakby wyciszyć, uspokoić…
- Bo?
- Bo!.. Bo!.. - burknął prezydent. – Bo jesteśmy na ostatnim miejscu na liście dotacji. Ciągle grzebiemy się w tym samym miejscu, ciągle nie możemy ruszyć, a inne kraje mogły, do diaska! Proszę – Słowacja, Węgry, Czechy, Litwa… Jakie tam są wskaźniki! Jak tam kipi i wrze! Jak do nich walą inwestorzy, a my tylko myto na Ukraińcach… A ci też nas nienawidzą, port w Kaliningradzie i białoruskie koleje zabierają nam z każdym rokiem coraz więcej klientów z Rosji i Ukrainy.
- Nie bardzo widzę związku…
- Przepraszam, musi pan widzieć i widzi, tylko nie chce się pan przyznać. Związek jest taki, że dają nam, wciskają właściwie, to, co muszą, i ani centa, ani kropelki więcej, bo mają nas dość. Naszych pretensji, naszych żądań, wymagań, naszych wyciągniętych łap! W tej sytuacji może coś w samej Polsce pęknąć, a po co nam to? Może coś pęknąć w samej Unii, a po co to panu? I tak dalej.
W słuchawkach zaległa cisza. Tak głęboka i długa, że Komornicki nie wytrzymał i przycisnął dwukrotnie flash. Nie, linia działała.
- Hm… - powiedział w końcu Naholny, żeby tylko coś powiedzieć.
- Dziwię się panu, że pan, stary wyjadacz, doświadczony działacz, stary, że tak powiem, lis związkowy, nie zauważył, że kita się panu jarzy?
- Jeśli mam być szczery, to nie widzę jeszcze żadnego pożaru.
- Ach, no chyba że ma pan duży korzec, pod którym uda się panu ukryć dzisiejszy owies. Bo jak nie…
- Przyznaję, podrzucił mi pan trochę materiału do zastanowienia, panie prezydencie – szybko przerwał mu Naholny, żeby nie padły niepotrzebne słowa. I manifestując chęć namysłu, rozważania i działania. – Nie sądzę, by sytuacja była rzeczywiście aż tak poważna, ale skoro pan się tym troska, to mnie nie pozostaje nic innego, jak co najmniej zwrócić na to uwagę. Obiecuję, że głęboko się nad tym zastanowię. Naprawdę. A jak spotkamy się w Berlinie, za… Ile to? Trzy tygodnie...? Porozmawiamy spokojnie i szczerze, dobrze? Może coś się do tego czasu urodzi?
- Dobrze by było, panie przewodniczący, dobrze by było!
- No to dołóżmy starań, a skoro tacy ludzie jak pan się do czegoś zabierają, to efekty muszą być, panie prezydencie.
- Bez wazeliny, panie Szczepanie, bez wazeliny!
- Ja? Wazelina? W życiu!
- Dobrze, cieszę się, że podziela pan w pewnym choćby stopniu mój niepokój, już się cieszę na spotkanie w Berlinie.
- Ja też się cieszę. Do widze… Aha, panie prezydencie! Co to pan powiedział o owsie? Bo, rozumiem, nie było to bez znaczenia?
- Owies? Ja? No nie pamiętam… Owies, żłób, siano...? Nie kojarzę…
- No nic. Może się wszystko wyjaśni w tak zwanym międzyczasie. Do widzenia, tak?
- Do miłego zobaczenia. Wszystkiego najlepszego!
Wszystkiego najlepszego” to drugi zwrot, którego przewodniczący związkowej Europy mógł użyć w czternastu językach. Czternaście „trojek”, poza opanowanym dobrze niemieckim, oczywiście.
Rozłączyli się. Komornicki nie potrafił przenikać wzrokiem ścian, ale doskonale wiedział, jak wygląda teraz szef: rozchylone wargi, paznokcie wskazującego i trzeciego palca uderzają szybko w górne zęby, wzrok utkwiony w czymś, czego nikt poza Naholnym nie widzi. Najczęściej przy tym powtarza swoje słynne „trojki”: „Ik wens jullie al het beste toe”, „Mahtaako hän ymmärtää meitä?”, „Heeft hij ons begrepen?”, „Hjärtligt välkommen”, „All the best!”, „Förstar han oss?”… Cztery tuziny zwrotów, i ani jednej wpadki!
Odmówi te godzinki, wezwie mnie do siebie i przekaże jakąś ważną decyzję, niekoniecznie dotyczącą tematu rozmowy z prezydentem Bratkowskim. Niemal zawsze po trudnej rozmowie, żeby się kompletnie od niej odbić, gada do siebie w czternastu nieznanych językach. Schizo jakieś...?
Odezwał się sygnał interkomu.
- Komar, pozwól do mnie.
- Już, panie przewodniczący.
Poderwał się, zablokował drzwi wejściowe i szybkim krokiem dopadł biura przewodniczącego. Szczepan Naholny właśnie zamykał usta. W pokoju jeszcze wisiało echo werbla paznokcie – zęby.
- Co o tym myślisz? – zapytał, gdy tylko Komornicki przekroczył próg.
- Co najmniej warte rozważenia. Musiał dostać mocny sygnał. Tylko nie bardzo wiem, co możemy zrobić.
- Wypieprzyć kilku durniów zawsze możemy.
- Wypieprzyć kilku to nawet bez rozmowy z prezydentem powinniśmy. Mam na myśli te odpady.
- No tak… To na pewno. Ale czy on nie przegina? Może to cwana gra, w której samodzielnie i własnoręcznie mam osłabić swoją pozycję?
- E! – zaprzeczył Komornicki. – Nawet jeśli oddamy trochę foteli, to przecież są wice i sekretariaty.
- No tak… Tak…
Chwilę milczał i ważył coś w umyśle.
- Dobra. Jakieś ruchy trzeba będzie zrobić, coś im rzucimy i popatrzymy, co oni na to. Inna sprawa, że rzeczywiście mało płynie do Polski. Może byśmy w wolnej chwili przyjrzeli się temu problemowi?
- Rozumiem. – Komornicki zakonotował, że „mają” się przyjrzeć temu problemowi. – To by się spodobało w kraju, gdyby przez centralę coś popłynęło do ojczyzny.
- Inna sprawa, że nie jest moim zadaniem poprawianie budżetu Polski… - mruknął Naholny. – Aha! Przypomniałem sobie, wystukaj mi numer tej dyrektoruni parku. Wiesz – zmarszczył czoło – Białowieża…
- Już. – Komornicki zadowolony, że nauczył się numeru na pamięć, wystukał go na konsolecie przewodniczącego.
- Asystent przewodniczącego Szczepana Naholnego. Czy pan przewodniczący może mówić z panią dyrektor? Tak? Świetnie. Przekazuję słuchawkę.
Naholny odchylił się w fotelu, poskubał ucho.
- Bierczyńska, witam pana przewodniczącego.
- Ja również serdecznie witam. Cieszę się, że panią w zdrowiu zastaję i radosnym humorze. Może coś z tej radości skapnie i na moją dolę...? – Puścił do Komornickiego oko.
- Postaram się, panie przewodniczący. A konkretnie, co by miało skapnąć?
- No jak to? Trochę ziemi pod pani władaniem!
- Pa-anie przewodniczący! – rzuciła Bierczyńska z urazą. – Przecież już na ten temat rozmawialiśmy. Nie mogę, nawet dla pana, robić wyjątku. Park Narodowy nie ma niepotrzebnych pięciu hektarów na zabudowę.
- Nie pięciu a dziesięciu, i nie na zabudowę, tylko na zagospodarowanie. Ja tam nie zamierzam budować zajazdu z parkingiem, tylko mieć miejsce, gdzie mógłbym z rodziną i najbliższymi przyjaciółmi oderwać się od pokus świata, pomyśleć, rozważyć, zaplanować… To ma być dom, trochę zwierzyny, klasyka, konie, psy, koty… Czy to pani bardzo przeszkadza?
- Mnie, panie Naholny… - O, wkurwiła się: „panie Naholny” - pomyślał Komornicki. - …przeszkadza konstytucja, która nie daje mi możliwości rozdawania ziemi, której mam właśnie pilnować i pozostawić całemu narodowi, a nie wybranej grupie do planowania i rozważania!
O, bardzo się wkurwiła. Posypią się iskry i polecą łby! – Przemknęło przez myśl Komornickiemu.
- Droga pani, proszę mi nie mówić, że z pani obejścia nie można wykroić zakichanych dziesięciu hektarów.
- Wie pan co? Wie pan co? Mój poprzednik wykroił, jak pan to gastronomicznie ujął, dwa hektary dla… Dla Kogoś-Ważnego-Nieważne-Dla-Kogo. A ten ktoś z kolegami ustrzelili jelenia z czerwonymi rogami!
- Są takie? – zdziwił się Naholny.
- Tak, malujemy, żeby jakiś debil nie ustrzelił takiego okazu przez przypadek. Ale ten kretyn nie ustrzelił przez przypadek, on go ustrzelił z rozmysłem!
- Ale! Z mojej strony nic takiego pani i pani puszczy i jej mieszkańcom nie grozi! Pod słowem honoru! Ja, przecież, w ogóle nie chcę w niczym pani przeszkadzać, nawet wolę gdzieś na uboczu, poza szlakami turystycznymi…
- Och, to przynajmniej tyle dobrego! – Parsknęła ironicznym śmiechem pani dyrektor.
Naholny poddał szkliwo zębów mocnej próbie. Po kilku sekundach szczękościsk odpuścił.
- Cieszę się, że panią rozbawiłem. Ale wracając do parku biało-wiesz-czańskiego… Proszę pamiętać, że są fundusze w Unii…
- Panie przewodniczący. Ostrzegam, że nagrywam wszystkie rozmowy, i chcę, żeby pan to wiedział, zanim palnie coś, czego potem może żałować!
A tu się, słonko, mylisz! - pomyślał Komornicki. Na początku rozmowy, o czym nie wiedziałaś, otrzymałaś spakowany programik, który pozwala ci słyszeć pana przewodniczącego. Ale się zdziwisz, kiedy się okaże, że nagranie rozmowy to kupa szmerów, trzasków i szelestów! Intrygi to nie pani specjalność!
- Ja rzadko czegoś żałuję, pani dyrektor, dlatego że zanim otworzę usta, zastanawiam się, co powiedzieć. Nie boję się pani gróźb, bo nie mam czego. Historia parków narodowych zna precedensy…
- Nie mój!
- Zgoda, pani nie. Ale też nie wiadomo jak długo będzie pani. Dziękuję za pouczającą rozmowę. Hasta la wista, byjbe! – Wychylił się i trzasnął w klawisz przerywacza. – Sunia jedna.
- Panie przewodniczący, za przeproszeniem, kazał mi pan interweniować w takich przypadkach: nie hasta tylko asta i nie byjbe
- Pierdol się, Komar! Chciałem dopiec tej małpie. – Wyciągnął z szuflady tasiemkę lukrecjową, oderwał kawałek i włożył do ust. – Sądzisz, że nie wiem, że poza oczy nazywacie mnie „Nachalny”? Albo „Człowiek z brukselki”?
- Przepraszam, „Nachalny” to mówią dziennikarze, i to ja o tym panu powiedziałem. Nie odzywałbym się, gdyby mi pan sam tego nie polecił, że mam poprawiać…
- Poprawiaj, ale miej świadomość. Poza tym, ludziska na dołach lubieją, jak władza coś palnie, to ich zbliża, to im daje poczucie, że władza nie jest obca, jest nasza, taka sama głupia…
„Człowiek z brukselki” roześmiał się serdecznie. Komornicki uśmiechnął się tylko. To on wymyślił i po pijaku palnął coś takiego podczas jakiejś imprezki. Co prawda, nikt chyba, poza nim, nie pamiętał, z czyich ust uleciała parodia klasycznego tytułu, ale pewności nie miał i często zastanawiał się, jak i na kogo autorstwo zwalić.
- Dobra. Na razie dziękuję. W wolnej chwili zerknij na jakieś inne, fajne tereny gdzieś na odludziu, ale nie na zadupiu.
- Panie przewodniczący, jeśli pan się upiera przy Puszczy Białowieskiej, to po drugiej stronie granicy może pan dostać pięćdziesiąt hektarów – ostrożnie przypomniał Komornicki.
- A na chuj mi za kordonem? Co ja tam, dojarki będę macał? Daj mi spokój, chłopie. Po prostu popatrz, gdzie jest jakiś spolegliwszy dyrektor. A ta niech się na razie trzęsie, co jej wytniemy.
- A wytniemy?
- A wiesz, że nie wiem? Nawet mi trochę zaimponowało babsko!
- Rozumiem.
Komornicki wyszedł, odblokował drzwi wejściowe i usiadł przy biurku. Miał do posegregowania pocztę, ale na tablerze pojawiła się pulsująca fioletowo ikonka. Przygryzł dolną wargę: iść do szefa czy zrobić tę spowiedź samemu, a Naholnego tylko powiadomić? Uznał, że szef ma na dziś dość rozrywek. Wszedł do aplikacji i wybrał jedenaście tandetnych, ale prawdopodobnych grzechów, na czele bluźnierstwo, niepohamowanie w piciu, zaniechanie modlitwy codziennej… Odebrał wymierzoną pokutę, nie patrząc nawet, co zaordynował program, pyknął w kwadracik rozrachunku i wysłał odpowiednią kwotę na renowację Lichenia. Czy Rozwary?
Dupy zawracanie!
Wrócił do segregowania poczty. Machinalnie rozkładał listy na cztery grupy, umysł jednak miał zajęty czym innym. Czy nadszedł czas na skok ze zgrzytającego na zakrętach tramwaju? Czy Nachalny już na tyle mocno podpadł wszystkim najważniejszym, że wcześniej czy później zdecydują się na gwałtowny ruch? Ale kiedy: wcześniej czy później? Czy on, Komar, zdoła jeszcze do tego czasu zebrać kapitał? I ten dosłowny, i ten przenośny: informacje, kontakty, przyjaźnie? Argumenty? Haki?
Zorientował się, że zbyt głęboko się zamyślił. Listy wcale nie były sortowane, tylko rozkładane na chybił-trafił.
Westchnął i zabrał się do zbierania z każdej kupki kilku ostatnich kopert. W końcu najmniejszą kupkę przetasował, przełożył na górę najważniejsze, wyrównał. Włożył do kasety koperciarki, która przy okazji otwierania miała pobrać próbki powietrza i zawartości kopert, by nie przepuścić jakiegoś zamachu, choćby modnym w ostatnim czasie wirusem Nimbo, odczekał chwilę, a gdy pojawiła się ikona zielonej koperty i sięgał do kasety, otworzyły się drzwi i stanęła w progu Maria.
- Panie Kornelu, przyszedł pan Ryszard Pus… łulak… Pus-łu-lak – poprawiła się. – Polskie, a jakie trudne. – Uśmiechnęła się przepraszająco.
Kornel zmarszczył brwi. Takiego nazwiska by nie zapomniał. Pusłulak?
- A nie Pustulak? Może źle pani kreseczkę postawiła, pani Mario?
- Nie. Sam się przedstawił. Wyraźnie. Przecież człowiek wie, że wszyscy go przekręcają.
- Dobrze, ale czego chce?
- Koniecznie rozmowy z panem przewodniczącym.
- Wykluczone.
- W takim razie kilka słów z panem.
- Jak go pani ocenia, pani Mario?
- Dziwny. Zdenerwowany, zły, niewyspany, przeziębiony, nieświeże ubranie, ale w dobrym gatunku… Powiedziałabym, że spędził noc w zatłoczonym pociągu.
- Proszę go do mnie skierować. Dziękuję.
Maria wyszła, Komornicki przesunął rękę bliżej klawiatury, z której mógł jednym ruchem wystrzelić w kierunku petenta lepką sieć, paralizator i zwalić go potężnym strzałem z wibratora elektromagnetycznego.
Ktoś raz stuknął w drzwi i od razu je otworzył.
Kobiece i sekretarskie oko Marii bezbłędnie dostrzegło w mężczyźnie wszystko to, co było w nim ważne: czyste, ale nieświeże ubranie, wory pod oczami, szczecina na brodzie i policzkach… Jakby uciekł porywaczom albo niczym wierny kurier całą noc pośpieszał tu z ważnym doniesieniem dla Naholnego.
- Słucham pana? Rozmowa z przewodniczącym Naholnym jest wykluczona. I dzisiaj, i w ciągu najbliższych kilku dni. Ale jeśli pan zdradzi, co to za niezmiernie, jak rozumiem, ważna sprawa… - zawiesił głos.
- Nazywam się Pusłulak. – Rzeczywiście wiedział, że ma nazwisko niczym z listy trudnych słów do ćwiczeń na pierwszym roku szkoły aktorskiej. – Ryszard Pusłulak. Chcę rozmawiać z panem Naholnym. Muszę z nim rozmawiać. Przysłał mnie Marek Sendzikowski.
Komornicki potrzebował trzech czwartych sekundy, by ustawić nazwisko w całym ciągu skojarzeń: Sendzikowski – Stierh – owies… Tu skojarzenia kończyły się, nawet w myślach nie chciał dodawać czegoś typu: uran, odpady, zużyte paliwo.
- Proszę usiąść, panie Pusłulak.
Udało się, nazwisko - słowo śliskie i jędrne jak ślimak - przemknęło gładko przez aparat artykulacyjny asystenta. Stuknął w klawisz „p”, poderwał się i, wiedząc, że Naholny już został powiadomiony o jego wejściu, bez pukania wpadł do gabinetu przewodniczącego.
- Przyszedł niejaki Pusłulak. Ryszard. To jest ten, co wysypał w nocy na tory…
- Kurrr… Dawaj go. A gdzie jest ten…? - Strzelił palcami.
- Sendzikowski?
- Tak-tak!
- Nie wiem, zaraz zlokalizuję i…
- To potem. Teraz dawaj tego durnia.
- Czy mam…
- Tak, zostajesz.
Komornicki otworzył drzwi, gestem ręki zaprosił petenta do środka. Zamknął za nim drzwi, rzucił okiem na swój chronometr-tablid. Jedenasta czterdzieści sześć, sekretariat zablokowany, system antypodsłuchowy uruchomiony, brak usiłowań włamań do systemu od ostatniego testu, czyli od czterech godzin i oś…
- Kim pan jest? – Rzucił przez zęby Naholny, nie zapraszając gościa, by usiadł.
- Ryszard Pusłulak, panie przewodniczący.
- W dupie to mam. Kim pan jest w strukturach, pytam?!
- To jest okręg czwarty, sekcja rolnicza. Bezpośrednio podlegająca panu Sendzikowskiemu…
- A on gdzie jest?
- W.. w szpitalu… Wylew…
- Ładnie! – Naholny plasnął dłonią w biurko. Wstał i podszedł do okna, zapominając, że nie lubi tego widoku. I tak wywalczył, że ma gabinet nie – jak pierwotnie go zlokalizowano – w tej wychylonej części korpusu „Skaczącej Żaby”, tylko na jej „grzbiecie”. – Wcześniej go wylało czy po twoim wyskoku.
- Po.
- No, przynajmniej tyle. Nie tylko mnie trafił szlag.
Odwrócił się i podszedł do biurka. Nadal nie wskazał gościowi krzesła. Trzydziestolatek, z wydatnym, haczykowatym nosem, pokąsanymi wargami, z nerwowo poruszającymi się w jakimś rytmie, zrodzonym we wnętrzu, w duchu, w zdenerwowanym umyśle, palcami stał z pochyloną głową, jak uczniak na dyrektorskim dywaniku.
- Opowiadaj.
- To był jeden wielki kiks, panie przewodniczący. Niebywały, niesprzyjający zbieg okoliczności, któ…
- Ustalmy tak: ty relacjonujesz fakty, a ja wystawiam recenzję, OK? To będzie sprawiedliwy podział.
- Nasza sekcja miała przydzielony wysyp już w ubiegłym kwartale, ale z jakiegoś powodu przesunięto go na sekcję jedenastą. Pan wie, że nie można wykonywać dwóch podobnego typu akcji w tej samej lokalizacji. Więc jak oni przeforsowali swój wysyp, to myśmy musieli czekać. Ale udało się tyle załatwić, że przy pierwszej możliwej okazji wysyp będzie nasz. – Przełknął ślinę, zachwiał się leciutko. Komornicki na chwilę oderwał spojrzenie od mężczyzny, zerknął na Naholnego, ale nie otrzymał sygnału, nie wskazał więc Pusłulakowi krzesła. – Dostaliśmy pewny cynk o owsie. Owies, jak pan wie, należy do podmiotów akcji grupy cztery, czyli taniej, można go sypać aż do czterdziestu procent składu. Tu był skład z trzydziestu wagonów, w tym owies był w siedemnastu, więc teoretycznie mogliśmy wysypać sześć-osiem wagonów. Oczywiście – nie było powodu sypać aż tyle…
- Bo się wam, kurwa, nie chciało, nie?! – syknął Naholny. – Najchętniej byście wynajęli jakichś Ukraińców, no nie? A sami sznapsa w tym czasie obrócili!
- Zaplanowaliśmy wysyp czterech wagonów, bo to była rutynowa akcja… Taka na podtrzymanie…
- Podtrzymanie czego? – zapytał Naholny.
- No… Podtrzymanie temperatury… Że niby jesteśmy, i jesteśmy gotowi jakby co…
- Czyli co? Nie mieliście konkretnego powodu do protestu?
- No nie, to by była akcja nie na potrzymanie, nie na hajc w piecu, tylko już cug, rozdmuchanie…
Naholny rzucił spojrzenie na Komornickiego, ten zrozumiał, że temat będzie potem analizowany, a on ma pamiętać, by o tym przypomnieć. Czyżby przewodniczący nie wiedział, że każda komórka związkowa ma obowiązek co jakiś czas pojawić się na arenie, pokazać się, przypomnieć o sobie?
- Dalej!
- W losowo wybranych czterech wagonach… Z tych czterech dwa były lewe. Nie było tam owsa, tylko jakieś zbiorniki, niewielkie baryły, ciężkie upiornie… Ale wie pan, nie wszędzie mogłem być, ja sypałem czwarty wagon, a Żółtki… - zająknął się i, widząc rodzącą się na obliczu przewodniczącego purpurę, zamilkł.
- Chcesz powiedzieć, że podnajęliście Wietnamców? Jas-s-s-sny, kurwa pier-r-r… szlag!!!
- Koreańczyków… - zaczerpnął powietrza. - Panie przewodniczący, jesteśmy małą, prowincjonalną sekcją…
- Zamknij się! Kurwa, zamknij się, durniu! – Naholny poderwał się z fotela, kopnął z całej siły swoją teczkę, aż przeleciała w powietrzu cały pokój i huknęła o ścianę. – Jebanakurwamać!
Nikt się tym, poza Pusłulakiem, nie przejął. W teczce nigdy nie było nic ważnego. Ważne było w głowie przewodniczącego. I w teczce. ale Komornickiego.
- Opowiadaj dalej!
- Sypałem ziarno, a oni otworzyli te dwa wagony, o jeden za daleko, zobaczyli beczki, wywalili je. Dopiero jak zaczęli otwierać… Właściwie jak otworzyli jedną…
- Jezu?! Czym, do cholery? Pierdzielonymi wietnamskimi scyzorykami?
- Nie, w wagonie ktoś zostawił klucze…
Osłupiały Naholny wymienił spojrzenie z Komornickim.
Nareszcie dobra wiadomość. Niech teraz Bodleck podskoczy z pretensjami! Zapytamy, czyj to był klucz! – ucieszył się Komornicki. – Macie go może?
- Nie, ale zrobiłem kilka fot…
- Przynajmniej tyle! – warknął Naholny. - Co dalej? – zapytał po chwili, odrobinę spokojniej.
- Jak zobaczyłem, że otwierają drugą beczkę… Jednocześnie od stacji rozległ się alarm.
- No jasne, przecież cała niemiecka kolej jest obsypana czujnikami…
W pokoju nagle rozbłysło jasne światło, zapaliły się wszystkie lampy i zaczęły mrugać. Cichy, ale przenikliwy wizg świdrował w uszach. Cała trójka odruchowo wbiła spojrzenie w sufit. Naholny zerknął w okno i pobladł. Sześćdziesiąte czwarte piętro.
Alarm!
Jaki? Pożar? Ćwiczebny? Biologiczny?
W sekretariacie rozległ się łomot wyważanych drzwi, potem ktoś mocno pchnął drzwi gabinetu Naholnego. Przez próg wdarli się trzej ochroniarze, dwaj od progu rozdarli się niby po niemiecku, ale z tak potwornym akcentem, że nie można ich było zrozumieć. Trzeci zerknął na trzymany w ręku manifest alarmowy, podskoczył do Naholnego i pociągnął go za sobą, powtarzając:
- Alarm… nieczwiczebny… Alarm nieczwiczebny…
W progu przeczytał coś jeszcze i uzupełnił pokaleczoną polszczyzną:
- Stopien zero. Stopien zero. Bez oporu!
Powlekli Naholnego korytarzem do windy spec. W sekretariacie panowało pandemonium. Fruwały kartki, słuch cięły coraz głośniejsze wizgi alarmowe, ludzie przekrzykiwali się, dzwonili, wyszarpywali szuflady. Komornicki z Pusłulakiem kłusowali za parą goryli niemal niosących między sobą przewodniczącego. Zmierzali w ślepy kąt sekretariatu, gdzie za kępą zieleni, zwisającej z podwieszonych donic, kryły się drzwi alarmowych „VIP Elevators”. Pierwszy ochroniarz, ten z kartkami, wysunął do przodu rękę, chyba uruchomił pilota, za girlandą liści i kwiatów odsłoniła się wnęka windy. Naholny wyszarpnął się z uchwytu ochroniarzy, wściekle zamłócił rękami, usuwając z drogi łodygi, wpadł do windy, za nim reszta. Ochroniarze uznali, że zamiast wyrzucać Komornickiego i Pusłulaka, lepiej zamknąć drzwi i uciekać. Winda drgnęła, ale nie ruszyła mimo zamkniętych drzwi. Głośnik wyrzucił z siebie jakiś komunikat po francusku, potem dodał po polsku:
- Proszę czekać, szyb windy jest obciążony. Nie grozi bezpośrednie niebezpieczeństwo. Proszę spokojnie czekać na kolejkę w szybie.
Naholny trącił Komornickiego.
- Dowiedz się, co jest grane?
Asystent obsztorcował się w duchu, szybko zapytał po niemiecku:
- Co się dzieje?
- Alarm stopnia zerowego, proszę pana. Czyli bezpośrednie niebezpieczeństwo. Bez odwołania. Kompletna ewakuacja.
- Ale powód? Jaki jest powód? Pożar? Bomba?
Naholny, słysząc „bomba”, wytrzeszczył oczy. Przy jego niewątpliwym lęku wysokości, świadomość, że gdzieś w czterystumetrowym budynku, na przykład, między nim i gruntem jest bomba, musiała nim wstrząsnąć.
Ochroniarz pokręcił głową, ale uciekał spojrzeniem pod sufit, na pewno słuchał komunikatów w mikrosecie usznym.
- Nie – powiedział po chwili. – Mieliśmy chwilową przerwę w działaniu komputera, reset pamięci niespodziewanie się wydłużył. A kiedy system wrócił do normy, okazało się, że bramka wykazuje obecność…
Przerwał i znowu wsłuchał się w komunikat. Tym razem trwało to dłużej, niemal minutę.
- Co się dzieje?! Gadaj! – Przewodniczący walnął pięścią w ścianę windy.
Ochroniarz spokojnie gapił się w sufit.
- Czekamy na wolny tor – powiedział.
- Czekamy na wolny tor – przetłumaczył niepotrzebnie Komornicki.
- Kurwa, to już lepiej było walić po schodach – rzucił Naholny.
- Pod warunkiem, że nie ma na nich tysiąca podobnie myślących osób – skontrował Komornicki.
- No to mamy tak stać? – Przewodniczący związkowej Europy odwrócił się w jedną stronę, potem w drugą. – Co on powiedział o alarmie?
- Że czujniki się spóźniły. Jak rozumiem, ktoś coś wniósł i teraz tego szukają, a nas ewakuują. – Postanowił uspokoić Naholnego. – Na wszelki wypadek, tak zrozumiałem.
Poczuł, że łapie go skurcz w lewą łydkę. Stał dłuższą chwilę na czubkach palców, nie wiadomo dlaczego, żeby być wyższy od Pusłulaka? Czy może żeby amortyzować upadek windy? Idiota, z sześćdziesiątego czwartego piętra? Chciał powiedzieć, że nieskończoną ilość razy powtarzano mu, jak odporna na eksplozje jest „Żaba”, że wykorzystano doświadczenie z katastrofy WTC, że materiały, że zabezpieczenia, nadwyżki wytrzymałości… Poczuł, że ma pełny pęcherz, i że myślenie o konstrukcji jakby wzmaga ciśnienie w układzie moczowym.
Ochroniarze drgnęli, cała trójka. Potem niemal jednocześnie poruszyli się, niespodziewanie otworzyły się drzwi windy, ten z kartką, na której miał fonetycznej wypisane informacyjne i uspokajające teksty po polsku, upuścił ją, chwycił za ramię oszołomionego Naholnego i jak dziecko wypchnął go z windy, zaraz po przewodniczącym wyleciał z niej Komornicki. Trzeci goryl rzucił się na Pusłulaka, ale nie wyrzucił go z windy, tylko tanecznym ruchem wykręcił rękę, z gracją obrócił mężczyznę, huknął w kark i upadającego wziął pod siebie. Dowódca patrolu uderzył w panel, drzwi syknęły i zamknęły się z szybkością wykluczającą zatrzymanie w razie utknięcia w progu kogokolwiek, czegokolwiek…
Naholny machnął wściekle rękami, odgarniając firany zieleni. Jazgot alarmu nagle umilkł. W głębokiej otulinie ciszy papierowo stuknęła jakaś spadająca na podłogę donica. Komornicki wrócił do windy, przysunął ucho do udających ścianę drzwi. Coś za nimi delikatnie wibrowało. Asystent odwrócił się do przełożonego.
- Nic nie rozumiem – powiedział.
Musiał odchrząknąć, bo w gardle coś sucho strzeliło, jakby odłupał się kawałek tynku w przewodzie kominowym.
- Idziemy – zakomenderował Naholny i ruszył pierwszy. Komornicki rzucił się doganiać szefa, razem wyszli z korytarza do pustego hangaru sekretariatu. Splatały się trzy czy cztery różne sygnały telefonów, których nie miał kto odebrać. Naholny zatrzymał się i długą chwilę sycił oczy widokiem bałaganu i paniki.
- Swoją drogą – powiedział niemal normalnym głosem – trzeba by to towarzystwo kilka razy przegonić w alarmach tylko dla naszego piętra.
- Ależ one bywają, panie przewodniczący, tylko nam się zawsze udawało.
- Srało, a nie udawało! – warknął Naholny. – Załatwiłem to, żeby trenowali jak nas nie ma. Ale widzę, że gówno im to dało. Trzeba będzie wziąć do galopu bractwo. – Ruszył do gabinetu. – Burdel. I tu, i tam… W terenie… - Szedł i mówił przed siebie, a Komornicki kłusował obok, nie chcąc stracić ani słowa. Bo wyglądało, że są ważne. – Tamci chleją wódę i każą podnajemnym Azjatom protestować za nich, ci tu zasiedzieli się na tłustych dupskach… - Pokręcił głową. – Czy to dobrze, powiedz mi, Komar?
- Chyba nie, panie przewodniczący...? – bąknął, wyczuwając hak w pytaniu.
I był.
- Dobrze, Kornel. Dobrze. To znaczy, że my, Polacy, siedzimy mocno. Że nie ruszy nas byle co. Że już umiemy wiele i wiele wiemy. Pracujemy dla siebie, nie dla pierniczonej Europy. - Machnął ręką.
W gabinecie zatrzymał się w progu i popatrzył na teczkę leżącą pod ścianą, pod którą posłał ją jego kopniak.
- Wychodzimy stąd, Komar, i wracamy dopiero za trzy dni. W tym czasie ma się tu odbyć generalny remont. Wymiana wykładzin, mebli, wszystkiego! Skrobanie, zrywanie, demontaż. Dopilnujesz tego osobiście.
- Ja… Oczywiście. A co mam…?
- Co chcesz, możesz to podpalić, póki nie ma tu jeszcze nikogo, możesz powiedzieć, że zmienił mi się gust. Co chcesz. – Odwrócił się, podszedł do Komornickiego i, chwyciwszy go za krawat, przyciągnął jego twarz do swojej. – Bylebyś potem zrobił dokładne badanie na okoliczność promieniowania, ale bez świadków! Czujesz, Komar? Bez!!!
- Roz… rozumiem… Pusłulak...?
- No, a co myślisz? Napromieniował się dureń, to on jest bombą… Ma przesrane, jak sądzę. Już go pewnie namierzyli, dlatego alarm się skończył, ale nie dla niego. – Cmoknął z lekkim żalem. Współczuciem? - Ja idę pracować, żeby to ukryć pod korcem… A ty tu działaj.
Ominął pochylonego Komornickiego i podszedł do drzwi.
- Ależ nas to będzie kosztowało – powiedział z żalem w głosie. – O Jezzu-u… Za to całe gówno będzie miała Europa te swoje cholerne ustępstwa związkowe, oj będzie… Ustępstwa na całej linii…
Popatrzył na nieruchomego i milczącego asystenta.
- No nic, potem to sobie jakoś odbijemy…
W jego kieszeni poruszył się smarciak. Naholny wykonał ruch, jakby chciał klepnąć w urządzenie i odrzucić rozmówcę, ale coś w rytmie wibracji zaniepokoiło go, powstrzymał ruch. Zaniepokojenie udzieliło się sekretarzowi, odruchowo dotknął swojej kieszeni i gwałtownie odsunął dłoń, uświadomiwszy sobie kto dzwoni do Naholnego. Postarał się nie okazać po sobie, co wie.
Naholny szybko włożył dłoń do kieszeni marynarki, a wyjął wolno. Smarciak pulsował karminowym ekranem i bzyczał gwałtownie. Szef zerknął na sekretarza, wciągnął gwałtownie powietrze i wypuścił je równie szybko.
- Naholny. Słucham.
- No, dzień dobry, Konradzie, dzień dobry – usłyszał w słuchawce charakterystyczny lekko nosowy, lekko wibrujący, odrobinę skrzeczący głos Nestora.
- Witam serdecznie! – Naholny postarał się, by w jego głosie zabrzmiała starannie odmierzona radość, zaskoczenie, i… tak, strach. No, obawa. – Nie wiedziałem…
- A skąd miałeś wiedzieć? – zdziwił się Nestor. – Ja sam jeszcze chwilę temu nie… Niech będzie, że jeszcze rano nie wiedziałem, ale potem zobaczyłem newsy z torów, i powiem ci, że jak rzadko wciągnęła mnie ta historia. Już dawno ziarno na torach mnie nie ruszało… - Nestor milczał chwilę. Potem zachichotał specyficznie. – Ostatni raz jak dowiedziałem się… Kiedy to było? W dwa tysiące ósmym, czy jakoś tak… Jak dowiedziałem się, że tory po was są oblegane przez dziki i inna zwierzyna, i że kolejarze wożą ze sobą płachty, na które zbierają ową dziczyznę, a czasem to tam taki pokot, że i myśliwi by pozazdrościli.
- Och, przesadzali żurnaliści, jak zwykle. Takich pokotów jakie urządzał minister Żołądź nie dałoby się przebić… - Naholny wiedział, że Nestor jak migiem wydźwignął znikąd, jak to mawiali „ludzie zbliżenie”: „z dupy wytrzasł” Żołądzia, tak i migiem go wysadził z siodła, gdy ten zaczął pohukiwać na każdego. Na każdego, a nie tylko na tych, na których mu było wolno.
- No-no! Ty mi tego durnia nie wypominaj, Konrad. Bierzesz kilka identycznych jaj i nie wiesz, które z nich i jak szybko nada się na chińskie danie. Ty nie wiesz, ja nie wiem… - Nestor „wykonał wydłużoną znaczącą pauzę”. – Wiedziałeś, co zrobią ci durnie z kukurydzą?
Naholny poczuł przemarsz lodowatej armii mikrociarek przez swoje plecy, od karku do lędźwi i jednocześnie z powrotem. Na mgnienie oka oderwał smarciaka od ucha i zerknął na indykator sekcji szyfrowania. Rozmowa była szyfrowana. Uff!..
- Wiedzieć nie wiedział…
- No właśnie! – zachichotał Nestor.
-… łem tego!..
- No bo skąd?! To właśnie jest takie jajo, które zaskoczy swoim cuchem, prawda?
Znowu w przestrzeni między rozmówcami zaległa wydłużona znacząca pauza.
- Wybierasz się do Stolicy? - zapytał, jakby podstępnie, Nestor.
Co tu, kurwa, powiedzieć? Tak – niedobrze, nie – do dupy. O co temu kurdupkowi chodzi?
Naholny poczuł, że kropla potu spłynęła z brwi i za chwilę weżre mu się solą w gałkę oczną. Szybko wytarł oko wierzchem dłoni, pomachał do sekretarza, ten podskoczył z pudełkiem lekko zwilżonych obojętnych ekologicznych chusteczek. Dwie zostały nerwowo wyszarpnięte z opakowania i zużyte na otarcie oczu, a potem czoła.
- Generalnie – tak – powiedział spokojnie Naholny. – To jest miasto-plaster na moją skołataną duszę.
- Tak? Patrzcie, a co poniektórzy mówią, że to plaster na skopaną dupę!
- Tak? – odważył się powtórzyć za Nestorem Naholny. Kurwa, muszę się postawić, bo inaczej zszamie mnie jak jajo w sosie tatarskim. – Nie znam się. Nie dałem jeszcze nikomu skopać sobie dupy, przepraszam za dosadno…
- Jak uczy historia, a wiesz, że to moja specjalność, dupę to można skopać zawsze i każdemu. Skopano Dżyngis Chanowi, Ulrykowi Von Jungingen, Hitlerowi, Jaruzelowi, Wałęsie nawet.
- Niezłe towarzycho – zaryzykował Naholny. – Ja tam przy nich blady Wojtek jestem!
- Blady zawsze może być bledszy – wychrypiał nagle w samo ucho Naholnego Nestor. Musiał zbliżyć smarciaka jeszcze bardziej do ust, albo miał jakąś cholerną apkę do straszenia interlokutorów. Naholny zacisnął zęby, nie uleciał spoza nich żaden dźwięk, jeśli Nestor liczył na jakieś jęki, ochy i wymyślanie powodów do pozostania w Brukseli, to się bardzo przeliczył. – Chętnie bym, Szczepan, się z tobą zobaczył. Mamy, myślę, sporo spraw do obgadania.
Jakie? Chcesz mnie wystrychnąć na dudka, czyli wydudkać na strychu, stary chuju?
- Mam tu pakę rzeczy do rozgrzebania, łącznie z tą cholerną kukurydzą – powiedział ostrożnie Naholny. – Ale na pewno da się coś wykroić…
- Wydoić? Powiedziałeś „wydoić”?
- Nie, Prezesie, nie wydoić, tylko wykroić – sprostował Przewodniczący, zastanawiając się w co gra Nestor. Bo słuch na pewno miał dobry. Mówiło się, że słyszy z Warszawy, jak ktoś dłubie w zębach po obiedzie w Łękajnach. – Załatwię najpilniejsze…
- To jest naj-pil-niej… - Nestor nagle rozkaszlał się. I dokończył: - …Sze!
Naholny myślał chwilę.
- Tak… Rozumiem… - Gówno rozumiem! Zdycha? Czy chce… - Postaram się w przyszłym tygodniu…
- Dobrze, postaraj się, Szczepan. Bardzo się postaraj. Dobrze?
- Tak…
Nestor nie potrzebował potwierdzenia, zgodę Szczepana pokrył swoim głosem: - I, wiesz, jeszcze jedno, Szczepan… Mamy tu, w Stolycy, małą epidemię czy coś… Lekarze twierdzą, że nie powinniśmy pomagać temu świństwu rozwłóczyć się po aglomeracji. Dlatego, jak się umówimy na czwartek, siódma rano, to bądź sześć godzin na czczo, dobrze? Czyli o pierwszej w nocy ostatni lekki posiłek i potem wytrzymaj do wizyty u mnie, tak? Zanim sobie utniemy pogawędkę łykniesz takiego… dekoktu uodparniającego i oczyszczającego. To się bierze na czczo.
Na czczo? Na czczo?? Na chujaczczo!!! Utniemy? Pogawędkę? Że utniemy wiem, tylko jeszcze – co?
- Ale… ale po co? – Naholny poczuł zimne ciarki czołganiem przez pełzanie pokonujące jego plecy. – Ja się dobrze czuję, mogę się tu zaszczepić, jeśli nie jestem, a pewnie jes…
- Szczepan, zrób to dla mnie, dobrze? Jestem już starszym panem, powinienem się oszczędzać i chronić od niepotrzebnych infekcji. Więc czwartek siódma rano, na czczo, bez katza. I pogadamy sobie.
W słuchawce zapadła cisza.
Naholny wolno odsunął smarciaka od ucha i długą chwilę patrzył na ekran. Stuknął w ikonkę rozłączenia, potem, na wszelki wypadek, w ikonkę „Wyłącz urządzenie”.
- Kornel? – powiedział cicho w przestrzeń. – Zapytaj Zdebika o której Nestor rozdaje to swoje warzywo…
Warzewo – poprawił sam siebie w duchu. – Warzywo to się robi z tych, co je łyka…
- O siódmej, szefie. Pamiętam, że tak powiedział.
Kurwa jego mać zasrana!
I: Co robić, kurrrrwa, co robić?..


grudzień 2003 – styczeń 2004, marzec-kwiecień 2016